*SHERLOCK*
Wyjrzałem
zza rogu. Mary szła do domu jak gdyby nigdy nic, niczego się nie spodziewając.
Mój plan jest doskonały, powiem jej wszystko- prosto w twarz. Później, powtórzę
to, co mi proponowano. „Kulka w głowę, albo tabletka”. Nagle poczułem, dziwny
ucisk w klatce piersiowej, kulę w gardle, i coś co John nazywał wyrzutami
sumienia. Szybko je stłumiłem, i zacząłem szybko podkradać za Mary. Krzywo
stąpnąłem, i syknąłem z bólu. Obejrzała się, i przypatrywała się chwilę
dokładnie tam, gdzie stałem. Po chwili odpuściła sobie, i poszła dalej- a ja za
nią krok w krok. Po kilku przecznicach podszedłem bliżej i odwróciłem ją do
siebie, chwytając ją za ramię.
-Co tutaj
robisz?- syknęła zdziwiona, strzepując moją dłoń ze swojego ramienia.
-Przyszedłem
po ciebie. Odbiorę to, co mi zabrałaś- Nim zdążyła coś powiedzieć, zakryłem jej
usta dłonią, i siłą zaprowadziłem do biblioteki. Powinna być zamknięta, ale mój
plan był doskonały, a klucze nie bez powodu były w kieszeni mojego płaszcza. Odkryłem usta Mary dopiero wtedy, gdy
uspokoiła się. Powoli puściłem ją, i śledząc każdy jej ruch, pozwoliłem dojść
do krzesła przy stoliku. Usiadłem naprzeciwko.
-Po co mnie
tu zaciągnąłeś?- Głos Mary był opanowany, ale całe jej ciało panikowało.
-Jak
myślisz, kogo John bardziej kocha: ciebie czy mnie? Oczywiście, że ciebie,
chociaż to tylko chwilowo. Miłość przemija, nie rozumiesz? Postanowiłem go
uratować. Gdybym mu zaproponował wybór: ja- Sherlock Holmes, czy ty: Mary
Watson, to by mi nie odpowiedział. Nie potrafiłby wybrać. Może mówi ci, że
kocha cię najbardziej na świecie, czy jak to się tam mówi, ale to nie jest
prawda. Bez zbędnego gadania- Zabrałaś mi Johna, zniszczyłaś mnie. Teraz za to
zapłacisz. Oczywiście, sobie jeszcze trochę pogadam, ale… co tam. Pogramy sobie
na koniec. Siedź spokojnie, to obiecam ci, że cię nie zabiję. Co najwyżej sama
to zrobisz. Jak widzisz, trudno mi żyć bez Johna… Jakoś tak cicho. Samemu też
jest ponurzej rozwiązywać zagadki. Ktoś zaniedbuje bloga… nieładnie! Nie
wspomnę już o tym, że nie ma kto mi pomagać w publicznych występach. Nie
potrafię się tam zachować, ale lubię takie występy. W końcu jestem
celebrytą. Ale bez Johna…Co to jest za
życie! Takie suche, jak kilkudniowy
chleb, który jadłem na śniadanie. Wiesz co? Nie chce mi się dalej gadać
do takiej szmaty- zakończyłem swój monolog, i postawiłem na stoliku dwie fiolki
z biało- czerwoną tabletką w każdej, i pistolet.
-Zastanawiam
się, ile myślałeś nad tym co powiesz.- nachyliła się do mojej twarzy tak
blisko, że czułem jej oddech. Pachniała… John’em- pozwól, że spełnię swoje
ostatnie życzenie.
-Ostatnie-
szepnąłem. Przesunęła ustami po moim policzku, i pocałowała mnie. Namiętnie,
nie mogłem się oprzeć, spełniłem jej ostatnie życzenie. Nagle oderwała się ode
mnie.
-Jak śmiesz
mówić tak o moim mężu, a później odwzajemniać moje pocałunki!?- krzyknęła, i
spoliczkowała mnie- to za to, że nazwałeś mnie szmatą!- kolejny policzek, i
następny- na zachętę! A tak swoją drogą, to świetnie całujesz- uśmiechnęła się
na sekundę. Patrzyła się przez chwilę na fiolki z kapsułkami, po czym wzięła
jedną, odkręciła korek, i wzięła do ust, zanim zdążyłem ją powstrzymać. Przez
minutę siedzieliśmy, patrząc się na siebie. Nagle z jej ust poleciała smuga
śliny, dostała drgawek, i patrzyła na mnie błagalnym wzrokiem pełnym bólu.
Uśmiechnąłem się tylko i powiedziałem:
-Sama się
zabiłaś- po czym przystawiłem jej pistolet do skroni i wystrzeliłem. Włożyłem
pistolet w jej bezwładną rękę, a na stoliku położyłem klucze. Przez chwilę
delektowałem się widokiem, ale zaraz wyszedłem. Sprawy wzywały! Połowa sukcesu
za mną. Jeszcze tylko znów przekonać do siebie John’a. JOHN…