wtorek, 17 czerwca 2014

ŚMIERĆ JEST BLIŻEJ NIŻ MYŚLISZ

*SHERLOCK*
Wyjrzałem zza rogu. Mary szła do domu jak gdyby nigdy nic, niczego się nie spodziewając. Mój plan jest doskonały, powiem jej wszystko- prosto w twarz. Później, powtórzę to, co mi proponowano. „Kulka w głowę, albo tabletka”. Nagle poczułem, dziwny ucisk w klatce piersiowej, kulę w gardle, i coś co John nazywał wyrzutami sumienia. Szybko je stłumiłem, i zacząłem szybko podkradać za Mary. Krzywo stąpnąłem, i syknąłem z bólu. Obejrzała się, i przypatrywała się chwilę dokładnie tam, gdzie stałem. Po chwili odpuściła sobie, i poszła dalej- a ja za nią krok w krok. Po kilku przecznicach podszedłem bliżej i odwróciłem ją do siebie, chwytając ją za ramię.
-Co tutaj robisz?- syknęła zdziwiona, strzepując moją dłoń ze swojego ramienia.
-Przyszedłem po ciebie. Odbiorę to, co mi zabrałaś- Nim zdążyła coś powiedzieć, zakryłem jej usta dłonią, i siłą zaprowadziłem do biblioteki. Powinna być zamknięta, ale mój plan był doskonały, a klucze nie bez powodu były w kieszeni mojego płaszcza.  Odkryłem usta Mary dopiero wtedy, gdy uspokoiła się. Powoli puściłem ją, i śledząc każdy jej ruch, pozwoliłem dojść do krzesła przy stoliku. Usiadłem naprzeciwko.
-Po co mnie tu zaciągnąłeś?- Głos Mary był opanowany, ale całe jej ciało panikowało.
-Jak myślisz, kogo John bardziej kocha: ciebie czy mnie? Oczywiście, że ciebie, chociaż to tylko chwilowo. Miłość przemija, nie rozumiesz? Postanowiłem go uratować. Gdybym mu zaproponował wybór: ja- Sherlock Holmes, czy ty: Mary Watson, to by mi nie odpowiedział. Nie potrafiłby wybrać. Może mówi ci, że kocha cię najbardziej na świecie, czy jak to się tam mówi, ale to nie jest prawda. Bez zbędnego gadania- Zabrałaś mi Johna, zniszczyłaś mnie. Teraz za to zapłacisz. Oczywiście, sobie jeszcze trochę pogadam, ale… co tam. Pogramy sobie na koniec. Siedź spokojnie, to obiecam ci, że cię nie zabiję. Co najwyżej sama to zrobisz. Jak widzisz, trudno mi żyć bez Johna… Jakoś tak cicho. Samemu też jest ponurzej rozwiązywać zagadki. Ktoś zaniedbuje bloga… nieładnie! Nie wspomnę już o tym, że nie ma kto mi pomagać w publicznych występach. Nie potrafię się tam zachować, ale lubię takie występy. W końcu jestem celebrytą.  Ale bez Johna…Co to jest za życie! Takie suche, jak kilkudniowy  chleb, który jadłem na śniadanie. Wiesz co? Nie chce mi się dalej gadać do takiej szmaty- zakończyłem swój monolog, i postawiłem na stoliku dwie fiolki z biało- czerwoną tabletką w każdej, i pistolet.
-Zastanawiam się, ile myślałeś nad tym co powiesz.- nachyliła się do mojej twarzy tak blisko, że czułem jej oddech. Pachniała… John’em- pozwól, że spełnię swoje ostatnie życzenie.
-Ostatnie- szepnąłem. Przesunęła ustami po moim policzku, i pocałowała mnie. Namiętnie, nie mogłem się oprzeć, spełniłem jej ostatnie życzenie. Nagle oderwała się ode mnie.
-Jak śmiesz mówić tak o moim mężu, a później odwzajemniać moje pocałunki!?- krzyknęła, i spoliczkowała mnie- to za to, że nazwałeś mnie szmatą!- kolejny policzek, i następny- na zachętę! A tak swoją drogą, to świetnie całujesz- uśmiechnęła się na sekundę. Patrzyła się przez chwilę na fiolki z kapsułkami, po czym wzięła jedną, odkręciła korek, i wzięła do ust, zanim zdążyłem ją powstrzymać. Przez minutę siedzieliśmy, patrząc się na siebie. Nagle z jej ust poleciała smuga śliny, dostała drgawek, i patrzyła na mnie błagalnym wzrokiem pełnym bólu. Uśmiechnąłem się tylko i powiedziałem:

-Sama się zabiłaś- po czym przystawiłem jej pistolet do skroni i wystrzeliłem. Włożyłem pistolet w jej bezwładną rękę, a na stoliku położyłem klucze. Przez chwilę delektowałem się widokiem, ale zaraz wyszedłem. Sprawy wzywały! Połowa sukcesu za mną. Jeszcze tylko znów przekonać do siebie John’a. JOHN…

czwartek, 22 maja 2014

Śmierć

*SHERLOCK*
Wyjrzałem zza rogu. Mary szła do domu jak gdyby nigdy nic, niczego się nie spodziewając. Mój plan jest doskonały, powiem jej wszystko- prosto w twarz. Później powtórzę to, co mi kiedyś proponowano. "Kulka w głowę, albo tabletka". Ciemna noc, uwielbiam to. Nagle poczułem dziwny ucisk w klatce piersiowej, czyli coś co John nazywał wyrzutami sumienia.  Szybko je stłumiłem, i zacząłem podkradać się do Mary. Krzywo stąpnąłem, i syknąłem z bólu. Obejrzała się, ale po chwili odpuściła sobie, i poszła dalej- a ja krok w krok za nią. Po kilku przecznicach zbliżyłem się i złapałem ją za ramię.
-Co tutaj robisz?-syknęła zdziwiona, strzepnęła moją dłoń z ramienia/
-Przyszedłem po ciebie. Odbiorę to, co mi zabrałaś- Nim zdążyła coś powiedzieć, zakryłem jej usta dłonią, i siłą zaprowadziłem do pobliskiej biblioteki. Powinna być zamknięta, ale mój plan jest doskonały, a klucze nie bez powodu spoczywały bezpiecznie w kieszeni mojego płaszcza. Odkryłem usta Mary dopiero wtedy, gdy się uspokoiła. Powoli puściłem ją, i śledząc jej każdy ruch, pozwoliłem dojść do krzesła przy stoliku. Usiadłem naprzeciwko.
-Po co mnie tu zaciągnąłeś?- jej głos był opanowany, ale ciało drżało ze strachu.
-Jak myślisz, kogo John kocha bardziej: ciebie czy mnie? Oczywiście, że ciebie, chociaż to tylko chwilowo. Miłość przemija, nie rozumiesz? Gdybym mu zaproponował wybór między tobą a mną, nie potrafiłby wybrać. Może mówi ci, że kocha cię najbardziej na świecie, czy jak to się tam mówi, ale nie jest to prawda.  Postanowiłem go uratować. Bez zbędnego gadania- zabrałaś mi Johna, zniszczyłaś mnie. Teraz za to zapłacisz. Oczywiście sobie trochę pogadam, ale co tam. Pogramy sobie. Na koniec sobie pogramy. Siedź spokojnie, to cię nie zabiję. Najwyżej sama to zrobisz. Jak widzisz, trudno mi żyć bez Johna... jakoś tak cicho. Samemu też jest nudniej rozwiązywać zagadki. Ktoś zaniedbuje bloga, nieładnie! Nie wspomnę już kto miał mi pomagać w publicznych występach. Nie potrafię się tam zachować, ale lubię to. W końcu jestem celebrytą. Ale co to jest za życie bez Johna! Takie suche, jak kilkudniowy chleb, który jadłem na śniadanie. Wiesz co? Nie chce mi się gadać do takiej szmaty.- zakończyłem swój monolog, i postawiłem na stole dwie fiolki z biało- czerwonymi tabletkami i pistolet.
-Zastanawiam się ile myślałeś nad tym, co mi powiesz- nachyliła się do mojej twarzy, tak blisko, że czułem jej oddech. Pachniała Johnem.- Pozwól, że spełnię swoje ostatnie życzenie.
-Ostatnie- szepnąłem. Przesunęła ustami po moim policzku, i pocałowała mnie. Tak namiętnie, że nie mogłem się oprzeć, spełniłem jej ostatnie życzenie. Odwzajemniłem pocałunek. Nagle oderwała się ode mnie.
-Jak śmiesz mówić tak o moim mężu, a później odwzajemniać moje pocałunki?- wrzasnęła, i spoliczkowała mnie- za to, że nazwałeś mnie szmatą!- kolejny raz, i kolejny- A to na przyszłość. A tak swoją drogą, to świetnie całujesz. Uśmiechnęła się na sekundę, apotem patrzyła przez chwilę na tabletki we fiolkach. Wzięła jedną, odkręciła korek

wtorek, 13 maja 2014

WYBÓR MIĘDZY SZCZĘŚCIEM A SZCZĘŚCIEM

                                                                           *JOHN*
Ślub z Marry zbliżał się nieubłagalnie. Z jednej strony chciałem mieć go już za sobą, a z drugiej chciałbym, żeby go w ogóle nie było. Od razu zacząć inne życie z Marry. Najgorsze jest to, że nie będę już widywał Sherlocka, pani Houdson, Molly i Lestrade'a. Przechodzę z jednego szczęścia w drugie, tracąc to pierwsze, i robiąc sobie w sercu czarną dziurę, pustkę.
                                                                            *JOHN*
 Romantyczny taniec rozpoczynający tańce. Ja i Marry. Sherlock i skrzypce. Zachwyceni goście. Wszystko na raz, ale w tym tłumie wyróżniała się tylko jedna osoba. Marry. Najcenniejsza osoba w moim życiu. Nie wyobrażam sobie bez niej życia. No bo jak? Dotychczas jedyną taką osobą był Sherlock, ale ona to zmieniła moje życie, i już do końca miałem je z nią spędzić. Nagle muzyka przestała grać, i fala gości zaczęła nas zalewać z każdej strony. Po kilku minutach podszedł do nas skrzypek-socjopata. Zagadnął Marry, ale ja w ogóle go nie słuchałem. Dopiero po kilku chwilach zwróciłem uwagę na Sherlocka, z któergo ust wydobyło się niepewne słowo "ciąża". Marry wybuchnęła śmiechem, a ja poszedłem w jej ślady. Sherlock tylko marszczył czoło. W końcu się uśmiechnął i powiedział:
-Jedno dziecko już mieliście, i dobrze je wychowywaliście, szczególnie ty John. Ale ono już wydoroślało, i pora na prawdziwe dziecko.- spojrzał na nas i dodał- ja byłem tym dzieckiem- i wyszedł.
                                                                          *SHERLOCK*
  Wróciłem do domu i zacząłem. Na początku, na ścianie powiesiłem zdjęcie Marry. Musi zginąć. Nie może mi zabrać MOJEGO Johna, nie oddam go jej. Przyrzekłem sobie, że go nie stracę, i wypełnię to. Był wybór- ja albo ona. Ona. John nigdy się nie dowie, kto zabił jego żonę. Tak będzie najlepiej. Nagle zamarłem. Zdałem sobie sprawę, jakim jestem egoistą. Co, tam zapomni. Oby. Kreśliłem dalej po ścianie markerem, nie zwracając uwagi na to, że brudzę ścianę. Nie ma wyboru
<<Przepraszam, że dziś tak krótko, ale w następnym wpisie będzie się działo^^>>

Bezimienny

 Obudziła mnie muzyka. To Sherlock grał na skrzypcach. Było jeszcze ciemno, więc spojrzałem na zegarek- trzecia rano. Muzyka dochodziła tak jakby zza zamkniętych drzwi, a te od sypialni były uchylone. Wygramoliłem się z łóżka, i wyszedłem z pokoju zaparzyć kawę, bo czułem, że już nie zasnę. Po drodze zauważyłem, że przez szparę w drzwiach sączy się światło. Sherlock grał w łazience. Lepszej pory i miejsca nie mógł sobie wybrać. Delikatnie zapukałem w drzwi. Muzyka ucichła, usłyszałem słyszałem plusk wody, i po chwili w lekko uchylonych drzwiach ukazał się mój współlokator owinięty ręcznikiem. Był mokry- posłał mi szelmowski uśmiech. Wyminął mnie , i zostawiając za sobą mokre, niebieskawe ślady podszedł do ekspresu i zaczął robić kawę. Zajrzałem do łazienki- na środku leżała przemoczona- zresztą jak cała łazienka, piżama. Skrzypce oparł o wannę, A na ścianie wisiała przyklejona na taśmę klejącą kartka z trudnymi do  rozszyfrowania bazgrołami. Rozglądałem się za markerem którym zostały zapisane na kartce te , jak się domyślałem, szyfry. I oto w wannie z niebieską wodą pływał marker.
 Wyjrzałem z łazienki, żeby zapytać się co robił w łazience o trzeciej nad ranem, ale mnie zamurowało. Na stole leżał sernik zrobiony przez Sherlocka, a on sam siedział już bez ręcznika i pisząc coś szybko na laptopie zajadał się ciastem jakby pierwszy raz w życiu jadł coś takiego.  Podszedłem do niego starając się nie patrzeć od pasa w dół. Nie udało mi się, a on oczywiście uchwycił to spojrzenie, i uśmiechnął się pod nosem. Dopiero po kilku minutach podziwiania jego ciała spojrzałem na ekran. Była to strona schroniska dla zwierząt. Przeglądał koty do adopcji.
-Myślałem, że wolisz psy- szepnąłem, wiedząc, ż pani Houdson jeszcze śpi.
-I się nie mylisz. Ale psy potrzebują więcej opieki- odrzekł dosyć głośno jak na porę, rozsadzając moje bębenki słuchowe.
-Ciszej…!- Rozkazałem mu. I nagle dotarło do mnie- czy ty… czy…ty… Czy ty chcesz mieć kota?- wyjąkałem zszokowany odkryciem.
-Mhm…- mruknął zamyślony Sherlock. Nagle zdałem sobie sprawę, że to poważna sprawa- nie dla Sherlocka.
-Kto będzie się nim opiekował? Na pewno nie ja, a pani Houson chyba nie będzie chciała mieć z nim niczego wspólnego- mój wzrok mimowolnie uciekł poniżej pasa Sherlocka. Po kilku sekundach zdałem sobie sprawę, że mam otwarte usta i szybko je zamknąłem. Współlokator to oczywiście zauważył. Wstał jak gdyby nigdy nic, wziął do ręki jeden ze swoich stu tysięcy szlafroków, i  nie zakładając go poszedł odłożyć pusty kubek po kawie do zlewu. Stałem jeszcze przez chwilę patrząc na krzesło, na którym siadam zwykle do posiłków. To na nim przed chwilą siedział goły Sherlock- siedzisko krzesła na pewno jest jeszcze ciepłe. Z obrzydzeniem odwróciłem się i dopijając kawę wziąłem ze stołu jakiś batonik. Nie miałem pojęcia co robić- może poczytam jakąś książkę? Nie, nie mam ochoty. Rozejrzałem się po pokoju- brudny jak zwykle, ale to mi nie przeszkadzało. Z łazienki znów dobiegała muzyka. Siedziałem na sofie rozmyślając nad nieistotnymi rzeczami.
 Obudziłem się z na podłodze między stolikiem a sofą. Coś po mnie chodziło. Kot? Nie, Shelrlock nie zaadoptował by kota. Chwiejnie wstałem- na moich plecach wciąż siedziało zwierzę, wbijając boleśnie pazury.
-Sherlock!- Zawołałem- Zdejmij to coś z moich pleców. Z sypialni dobiegł mnie głośny śmiech, i po chwili w salonie pojawił się Sherlock ubrany w krwistoczerwone bokserki i rozpiętą białą koszulę. Na jego głowie panował chaos.
Podszedł do mnie, i zdjął z moich pleców wielkiego szarego bydlaka- na swój sposób był słodki, miał na karku rudą plamkę, a koniec ogona, i brzuszek biały. Podrapałem go za uchem. Kot zamknął oczy i mruczał.
-Jak ma na imię?- spytałem, biorąc kota od Sherlocka.
-Jest bezimienny- teraz to on drapał Bezimiennego za uchem.
-Ciekawe imię wybrałeś. Bezimienny- zmarszczyłem czoło- Poczekaj, nie ruszaj się.

Dotknąłem włosów Sherlocka- były tak samo miękkie jak futro Bezimiennego. Kot uciekł mi z rąk, a ja zacząłem obiema dłońmi przeczesywać czarne loki. Przybliżył swoją twarz do mojej. Poczułem jego ciepły oddech na twarzy. Nasze usta się zetknęły. Ten pocałunek był inny od poprzedniego- smakował wszystkim na raz- zimnym powietrzem zimy i latem. Smakował jak wiosna i jej kwiaty. Jak najsłodsze cukierki, jak… Zapisano całe księgi smaków pocałunków i odczuciach, ale każdy pocałunek jest inny. Ten jest wyjątkowy. Inny niż wszystkie, i gdy się od siebie oderwaliśmy, pragnąłem powrócić do poprzedniego stanu. Staliśmy tak kilka minut- opieraliśmy się swoimi czołami o siebie. Włożyłem ręce pod koszulę Sherlocka i zacząłem przesuwać dłońmi po jego torsie. Tymczasem on głaskał moje policzki. Pragnąłem cofnąć czas i nie przerywać pocałunku.

środa, 7 maja 2014

Namiętna Wigilia

-Sherlock! Co tu się do diabła dzieje...?- zawołałem krztusząc się dymem z kuchni.
-Gotuję.- uciął, nawet na mnie nie spoglądając.
Wracałem właśnie ze świątecznych zakupów. Dziś wigilia u nas, więc trzeba ogarnąć jakoś mieszkanie i jakoś przyozdobić. Ubieranie choinki z bólem serca powierzyłbym Sherlockowi, ale gotowanie!? Zajrzałem do garnka- gotowało się w nim coś podobnego do waniliowego budyniu, ale było gęstsze- Obok, na blacie leżała książka z przepisami. "Sernik" wyczytałem. Nie mógł znaleźć czegoś łatwiejszego? Przecież on nie potrafi gotować- jedyne co zrobił to kawa i kanapki ze starym chlebem.
-Dla kogo to? Na pewno nie na wieczór, bo na to jesteś zbyt leniwy..
-Słyszałem, że jedziesz z Marry do znajomego, więc zaprosiłem sobie gościa. jeśli zgadniesz kto to, to kupię ci prezent pod choinkę.- powiedział, siłując się ze spaloną masą z garnka- wiesz co? pani Houdson to czarodziejka! potrafi zrobić te wszystkie ciasta i potra...
-Co tu tak śmierdzi?- o wilku mowa! Podeszła do Sherlocka i zabrała mu garnek- daj, skończę to za ciebie, bo się wykończysz...
 Sherlock z obrzydzeniem oddał jej garnek i wziął herbatę ze stołu.
-To kto w końcu  przyjeżdża?- spytałem rozkładając choinkę
-Nie mogę powiedzieć- uśmiechnął się do siebie- pomóc ci?
Bez słowa podeszłem do niego i owinąłem go łańcuchem tak, aby nie mógł się wyswobodzić. Dodałem jeszcze lampkami unieruchamiając go. Zgasiłem światło i zrobiłem kilka fotek. Oczywiście wiadomość z moją "choinką" dotarła do Marry, Molly i Lestrade'a .
 Sherlocka zostawiłem tak na około 10 minut- z 10 zdjęć zrobiło się 30, i także powędrowało do znajomych. Na koniec zdecydowałem się na coś szalonego- znienacka pocałowałem Sherlocka w usta, oczywiście to dokumentując. Ku mojemu zdziwieniu odwzajemnił pocałunek.
Gospodyni nie było w kuchni. To dobrze...
Nie przestałąc całować rozwiązałem go z ozdób. Przeszliśmy przez hall, obijając się o wszystko co możliwe. Weszliśmy do sypialni już bez koszulek, i usłyszeliśmy jak ktoś wciąga głośno powietrze. Oderwaliśmy się od siebie i spojrzeliśmy na panią Houdson- zakrywała swoje uta dłonią stojąc jak wryta. Po chwili ocknęła się i wyszła z pokoju. Ze schodów usłyszeliśmy jej chichot. Ja też nie mogłem się powstrzymać- pocałowałem Sherlocka w policzek i wybuchnąłem śmiechem

piątek, 2 maja 2014

Jestem trochę podsmażony...

Ohhh!- Z kieszeni Sherlocka dobiegł znany mi odgłos.
-Masz jeszcze ten telefon?- zdziwiłem się.
-Mam. Jak widać, nadal jest mi potrzebny- odłożył różowy telefon na stół, i przeciągnął się na krześle- masz coś do roboty?- spytał. Podszedłem do lodówki, i otworzyłem tak, aby Sherlock mógł zobaczyć jej zawartość. Woreczek śniadaniowy z oczami, i głowa w reklamówce. 
-Masz to sprzątnąć. W lodówce zaczyna śmierdzieć. Idę coś kupić na obiad- spojrzałem na zegarek. Jedenasta trzydzieści dwie.- Będę około piętnastej, bo Marry mnie o coś poprosiła. Jak wrócę ma być wszystko wysprzątane, bo jak nie, to...- urwałem. Sherlock spał, z głową odchyloną do tyłu, i otwartymi ustami w bardzo niewygodnej pozycji. Z doświadczenia wiem, że nie jest ciężki, więc przeniosłem go do łóżka. Napisałem na kartce, aby uprzątnął lodówkę, i wyszedłem z domu. Już miałem przejść na drugą stronę ulicy, gdy się o kogoś zaczepiłem, i prawie upadłem. Po sekundzie po lewej stronie szyi poczułem ostry ból, tak jakby ktoś mi wbił tam igłę. Wzrok zaczął mi się zamazywać, straciłem czucie w nogach. 
 Obudziłem się. Gdziekolwiek jestem- czułem jak coś, jakby gałęzie, wbijało mi się w plecy.  Nie mogłem się ruszyć- ktoś mi związał ręce i nogi, byłem zakneblowany, i miałem ciemne plamy przed oczyma. Próbowałem się odezwać- na nic, coś krępowało mój głos. Kilka prób na nic, wydawałem tylko ciche jęki. Nagle dotarło do mnie gdzie jestem. W ognisku. Zamarłem, ale tylko na chwilę, bo zaraz zacząłem się szamotać, stękać i próbować dać o sobie znać. Słyszałem wesołe śmiechy dzieci, stłumione rozmowy, ale usłyszałem kilka słów.
-Nie chce się zapalić, idę po podpałkę- minuta życia dłużej.
Nagle zrobiło mi się gorąco, i jasno. Usłyszałem dziki ryk silnika. Po kilkudziesięciu sekundach- dla mnie to były całe wieki- ktoś zaczął rozgrzebywać ognisko nie zważając na ogień. Znów miałem czarne plamy przed oczyma, nic nie słyszałem. Czułem tylko, jak ktoś ciągnie mnie za ramiona.
Hmmm... jak chłodno. Ktoś klepie mnie po twarzy. Zawsze rozpoznam te rękawiczki... Wystękałem coś i straciłem przytomność

sobota, 26 kwietnia 2014

Po dwóch latach...

 Obudziłem się sam w łóżku Sherlocka. Spojrzałem na budzik- dziewiąta rano. Obok zegara była kartka z wyjaśnieniem jego nieobecności- "Lestrade mnie wezwał na miejsce jakiegoś morderstwa. Będę około dziesiątej. P.S Nic nie jadłem, kocham cię, Sher". Ja też go kocham. Niezgrabnie wywlokłem się z łóżka, przy czym się wywaliłem, i zostałem rozbudzony przez zimną podłogę. Zdałem sobie sprawę z tego, że jestem nagi, ale nie przeszkadzało mi to. Przyzwyczaiłem się. Naciągnąłem szlafrok- nie zapiąłem go, i wciąż miałem gołą przednią część ciała. Poszedłem do kuchni, żeby sprawdzić, co mogę przygotować na śniadanie. Nagle zadzwonił telefon- to Sherlock.
-Halo?
-Witaj John. Już jadę do ciebie. Obudziłem cię?- pyta miękkim głosem Sherlock
-Nie, właśnie się zastanawiałem co chcesz na śniadanie. To było pytanie- zaśmiałem się.
-Nie wiem... Jajka na bekonie? Oj, nieważne...
-Czuję, że coś sugerujesz, mój kochany socjopato. Mam się domyślać, czy sam mi powiesz?
-Wyjrzyj przez okno. Pa!- rozłączył się nie czekając na odpowiedź.
 Podszedłem do okna. Na chodniku stał Sherlock i pomachał mi. Chcąc mi coś pokazać, zaczął otulać się płaszczem. Spojrzałem na siebie- wciąż miałem rozpięty szlafrok. Nie zapiąłem go, tylko odszedłem od okna, kierując się do kuchni. Po dłuższej chwili wszedł Sherlock. Bez słowa padł na krzesło i rozpłynął się w błogim uśmiechu. Nie usłyszałem go- bekon na patelni skwierczał zbyt głośno, i przestraszyłem się, gdy Sherlock się odezwał:
-O czym myślisz?
-O niczym. Czemu jesteś taki szczęśliwy?- zaciekawiłem się
-Mamy nową sprawę, a raczej dalszy jej ciąg...- mruknął, i chcąc ukryć rumieniec, (który i tak widziałem) zakrył się gazetą.
-Oho. Szykuje się coś ciekawego. Mów- Podałem śniadanie
-Pamiętasz Irene Adler? Wróciła. Tym razem w morderczej roli, i co ciekawe- seryjnej. Dziś rano, na plaży przy Tamizie znaleziono- jak to pięknie określił Greg- ludzki totem. Nikt nie wie, kiedy to zrobiła, i jakim cudem jej się to udało- ale zaraz po śniadaniu to rozpracuję. Oh! jestem taki głodny...- spojrzał na mnie pytająco.
-Co?- zdziwiłem się. Ta sprawa musi mu się podobać, bo jest w nią zamieszana Irene. Ale coś mi tu nie gra- Skąd wiesz, że to Irene?
-Bo na każdym z ciał są świeże odciski jej palców- nie była na tyle ostrożna.- odparł Sherlock z niepodobnym do niego entuzjazmem.
-Jesteś walnięty- cieszysz, się ze śmierci ludzi? A no tak, zapomniałem- jesteś Sherlockiem. I to takim, którego kocham- posłałem mu swój najbardziej uroczy uśmiech.
-Ja też- odmruknął.