wtorek, 17 czerwca 2014

ŚMIERĆ JEST BLIŻEJ NIŻ MYŚLISZ

*SHERLOCK*
Wyjrzałem zza rogu. Mary szła do domu jak gdyby nigdy nic, niczego się nie spodziewając. Mój plan jest doskonały, powiem jej wszystko- prosto w twarz. Później, powtórzę to, co mi proponowano. „Kulka w głowę, albo tabletka”. Nagle poczułem, dziwny ucisk w klatce piersiowej, kulę w gardle, i coś co John nazywał wyrzutami sumienia. Szybko je stłumiłem, i zacząłem szybko podkradać za Mary. Krzywo stąpnąłem, i syknąłem z bólu. Obejrzała się, i przypatrywała się chwilę dokładnie tam, gdzie stałem. Po chwili odpuściła sobie, i poszła dalej- a ja za nią krok w krok. Po kilku przecznicach podszedłem bliżej i odwróciłem ją do siebie, chwytając ją za ramię.
-Co tutaj robisz?- syknęła zdziwiona, strzepując moją dłoń ze swojego ramienia.
-Przyszedłem po ciebie. Odbiorę to, co mi zabrałaś- Nim zdążyła coś powiedzieć, zakryłem jej usta dłonią, i siłą zaprowadziłem do biblioteki. Powinna być zamknięta, ale mój plan był doskonały, a klucze nie bez powodu były w kieszeni mojego płaszcza.  Odkryłem usta Mary dopiero wtedy, gdy uspokoiła się. Powoli puściłem ją, i śledząc każdy jej ruch, pozwoliłem dojść do krzesła przy stoliku. Usiadłem naprzeciwko.
-Po co mnie tu zaciągnąłeś?- Głos Mary był opanowany, ale całe jej ciało panikowało.
-Jak myślisz, kogo John bardziej kocha: ciebie czy mnie? Oczywiście, że ciebie, chociaż to tylko chwilowo. Miłość przemija, nie rozumiesz? Postanowiłem go uratować. Gdybym mu zaproponował wybór: ja- Sherlock Holmes, czy ty: Mary Watson, to by mi nie odpowiedział. Nie potrafiłby wybrać. Może mówi ci, że kocha cię najbardziej na świecie, czy jak to się tam mówi, ale to nie jest prawda. Bez zbędnego gadania- Zabrałaś mi Johna, zniszczyłaś mnie. Teraz za to zapłacisz. Oczywiście, sobie jeszcze trochę pogadam, ale… co tam. Pogramy sobie na koniec. Siedź spokojnie, to obiecam ci, że cię nie zabiję. Co najwyżej sama to zrobisz. Jak widzisz, trudno mi żyć bez Johna… Jakoś tak cicho. Samemu też jest ponurzej rozwiązywać zagadki. Ktoś zaniedbuje bloga… nieładnie! Nie wspomnę już o tym, że nie ma kto mi pomagać w publicznych występach. Nie potrafię się tam zachować, ale lubię takie występy. W końcu jestem celebrytą.  Ale bez Johna…Co to jest za życie! Takie suche, jak kilkudniowy  chleb, który jadłem na śniadanie. Wiesz co? Nie chce mi się dalej gadać do takiej szmaty- zakończyłem swój monolog, i postawiłem na stoliku dwie fiolki z biało- czerwoną tabletką w każdej, i pistolet.
-Zastanawiam się, ile myślałeś nad tym co powiesz.- nachyliła się do mojej twarzy tak blisko, że czułem jej oddech. Pachniała… John’em- pozwól, że spełnię swoje ostatnie życzenie.
-Ostatnie- szepnąłem. Przesunęła ustami po moim policzku, i pocałowała mnie. Namiętnie, nie mogłem się oprzeć, spełniłem jej ostatnie życzenie. Nagle oderwała się ode mnie.
-Jak śmiesz mówić tak o moim mężu, a później odwzajemniać moje pocałunki!?- krzyknęła, i spoliczkowała mnie- to za to, że nazwałeś mnie szmatą!- kolejny policzek, i następny- na zachętę! A tak swoją drogą, to świetnie całujesz- uśmiechnęła się na sekundę. Patrzyła się przez chwilę na fiolki z kapsułkami, po czym wzięła jedną, odkręciła korek, i wzięła do ust, zanim zdążyłem ją powstrzymać. Przez minutę siedzieliśmy, patrząc się na siebie. Nagle z jej ust poleciała smuga śliny, dostała drgawek, i patrzyła na mnie błagalnym wzrokiem pełnym bólu. Uśmiechnąłem się tylko i powiedziałem:

-Sama się zabiłaś- po czym przystawiłem jej pistolet do skroni i wystrzeliłem. Włożyłem pistolet w jej bezwładną rękę, a na stoliku położyłem klucze. Przez chwilę delektowałem się widokiem, ale zaraz wyszedłem. Sprawy wzywały! Połowa sukcesu za mną. Jeszcze tylko znów przekonać do siebie John’a. JOHN…